Jest noc, leżę w łóżku okryta szczelnie kołdrą i błagam Boga by tej nocy mój oprawca nie pojawił się w mojej sypialni. Wsłuchuję się w ciszę, każdy najdrobniejszy szmer przyprawia mnie o dreszcze. Słyszę kroki na korytarzu, ktoś chwyta za klamkę i otwiera drzwi od pokoju. Tej nocy postanowiłam przerwać to, schowałam pod poduszką nóż - tylko czy będę potrafiła go użyć ? Podchodzi do mojego łóżka, nachyla się nad moją głową i pyta : "Śpisz?". Nic nie odpowiadam, czuję jak kładzie się obok mnie, próbuję wślizgnąć się pod kołdrę, ale nie może ponieważ przygniatam jej końce swoim ciałem. Wstaje zrywa nakrycie ze mnie i rzuca się , bez wahania wyciągam nóż, nadziewa się na niego. Czuję jak jego ciało bezwładnie opada na mnie... Zrzucam go z siebie i uciekam w przeświadczeniu, że go zabiłam.
Na zewnątrz pada deszcz, dzięki czemu nie będzie widać moich łez. Boże co ja zrobiłam, zabiłam go chociaż nie mam pewności. Co ja teraz zrobię ?? Uciec? Ale gdzie? Do Kuby? Nie, nie to bardzo zły pomysł... Mijają godziny, pojawiają się pierwsze promienie słońca, postanawiam wrócić do domu. W mieszkaniu roi się od policji, jego ciała już nie ma. Dopiero kiedy moja matka rzuca się na mnie z rękoma i wykrzykuje: " Boże dziecko coś ty narobiła?! Jak mogłaś ?!" , jeden z policjantów zwraca na mnie uwagę. Odciąga ode mnie matkę i nakazuje lekarzowi jej pilnować, a jeśli nadal będzie agresywna dać jej większą dawkę leków uspokajających. W końcu zwraca się do mnie, pyta się: " To moja krew? Czy coś mi dolega?To Ty to zrobiłaś?". Odpowiadam tylko "Tak".
Dochodzenie trwa około dwóch miesięcy, ja nie stawiam oporów, opowiadam wszystko. Moja matka nie dowierza w to wszystko, nawet słowa lekarza, psychologa i policjanta, a nawet prokuratora nie dają jej pewności no bo przecież Ona by coś zauważyła. Z czasem mówi w prost, że to moja wina... Moje życie zamienia się w jeszcze większe piekło. Teraz ona zamienia się w kata, znęca się nade mną psychicznie.
Sędzia podczas odczytywania wyroku, jest łagodny wymierza mi dwa lata w zawieszeniu na pięć, nakazuje terapię i dozór kuratora. Liczyłam, że po rozprawię, Matka się uspokoi, ale w nią wstąpił jakiś demon - nie daj mi żyć. Unikam Kuby od początku, ułatwia to moja rodzicielka, ponieważ zawszę mówi "Nie ma jej w domu". O sprawię dowiedział się z gazety, lecz domyślał się wcześniej, że coś jest nie tak.
Nadchodzi dzień w którym Matka używa wobec mnie rękoczynów. Nie wytrzymuję tego. W nocy uciekam z domu, jedynym bagażem jaki zabieram ze sobą jest żyletka w kieszeni. Błąkam się po parku bez celu, zastawiam się czym musiałam zawinić, że spotkał mnie taki los. Dziś nabrałam pewności, że czas zakończyć tą udrękę. Siadam na ławce, z kieszeni wyjmuję żyletkę i robię kilka głębokich nacięć na wysokości nadgarstka. Staram się to powtórzyć na prawej ręce , ale robię to nieudolnie, widocznie w lewej uszkodziłam ścięgna. Opieram się i czuję, jak życie ze mnie ucieka, sekunda po sekundzie, kropla za kroplą. Tracę przytomność...
Otwieram oczy, wszędzie jest bardzo jasno, staram się rozejrzeć po pomieszczeniu. Uświadamiam sobie, że ta próba się nie powiodła. Czuję, że ktoś trzyma mnie za rękę, odwracam głowę to Kuba. Ile czasu spałam? Dzień, dwa, a może tydzień. Drgnęłam. Jakub od razu się poderwał, spojrzał na mnie - Jego spojrzenie było smutne, zmęczone i przepełnione gniewem. Co ja teraz mam powiedzieć ?
-Przepraszam.- Jedno słowo, które i tak niczego nie wynagrodzi.
-Ciii... Nie tłumacz się. Teraz już będzie dobrze.
Tylko skąd On to może wiedzieć ?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz